Winylowe i Muzyczne Delicje

vinyl

Od kilkunastu dni mamy rok 2018. I czy tego chcemy czy nie, fakt jest faktem. Co pojawi się na styczniowych Winylowych i Muzycznych Delicjach? Jako że to jest pora karnawału, więc i muzyka będzie trochę taka karnawałowa i zarazem refleksyjna. Zabawimy się jak zwykle w porównanie soniczne płyt i nagrań. Posłuchamy odrobinę Tiny Turner, Michaela Jacksona czy też Bee Gess. Ale w całości posłuchamy dwóch płyt: „Avalon” Roxy Music i „Super Trouper” Abby. Pierwsze spotkanie w tym roku odbędzie się 18 stycznia.

Rozpocznijmy od Roxy Music. Płyta budzi skrajne emocje wśród ortodoksyjnych fanów, no bo komercja i skład odchudzony do tercetu Ferry – Mackay – Manzanera. No cóż, ja do radykałów się nie zaliczam i „Avalon” lubię. Płyta ma bardzo przyjemny klimat. Niby jest sennie, ale ten sen jakimś jest niepokojem podszyty. Nawet „Avalon”, chyba najbardziej wyciszone nagranie na płycie, jest pełen smutku i poczucia, że coś się kończy. Ale zanim się skończy, zatańczmy raz jeszcze, śpiewa swoim zbolałym, z lekka zblazowanym głosem Bryan Ferry tak, jak to tylko on potrafi.

No, ale przecież płyta to nie tylko tytułowy „Avalon”. Mamy tu przebojowy, bujający „More Than This”, z rozmarzoną partią saksofonu, „The Space Between Us” z ostrą partią saksofonu i wybitym na pierwszy plan basem, przepiękne instrumentalne miniatury „India” i „Tara”, świetne „While My Heart is Still Beating”, pulsujące podskórnie cierpieniami młodego Wertera, funkujące „The Main Thing” ze świetną partią gitary i saksofonu, rytmiczne „True To Life” z fajnymi, z lekka przetworzonymi przez jakiś vocoder chórkami. Pozostałe nagrania też poziomem nie odstają.

Słuchając tej płyty, warto zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Po pierwsze, bardzo oszczędna, ale trafiająca w punkt gra na gitarze. Nie każdy potrafi kilkoma dźwiękami zbudować klimat całego utworu. To duża sztuka. A pan Manzanera robi to tak od niechcenia, prawie nie dotykając strun. Nie ukrywam, że właśnie po ‚Avalon’ dostrzegłem, jaki to genialny gitarzysta. Dalej: produkcja. Znakomita. Niezwykle precyzyjna. Każdy dźwięk ma swoje miejsce w szeregu, a jednocześnie w tle podstawowych linii melodycznych naprawdę bardzo dużo się dzieje. I można to łatwo usłyszeć, nie trzeba nawet wkładać słuchawek. No i wreszcie okładka. Bardzo nietypowa jak na Roxy Music. Nie mamy na okładce żadnej mniej lub bardziej roznegliżowanej modelki, ale sokolnika w zbroi, spoglądającego w zamgloną dal. Choć Roxy Music po nagraniu tej płyty się rozpadli, to klimat „Avalonu” na szczęście nie odszedł w zapomnienie. Wystarczy posłuchać solowych płyt pana Ferry’ego.

Po przerwie zagości na naszym wieczorze Abba. Któż nie zna Abby? Zna każdy. Jak to kiedyś powiedział Robert Fripp, muzyka czasem tak bardzo chce przez kogoś przemówić, że znajdzie sposób, by pokonać wszelkie ograniczenia. Genialnych samouków w muzyce można wymienić masę: choćby Jimi Hendrix do końca życia nie umiał pisać nut i nie miał pojęcia o skalach. Jakoś w niczym mu to nie przeszkadzało przy tworzeniu. To samo Benny Andersson. Z edukacją w ogóle pożegnał się bez żalu już na etapie szkoły średniej, nie mówiąc o jakimkolwiek (formalnym) wykształceniu muzycznym. Komponował i grał ze słuchu. Potem los go zetknął z innym samoukiem, dobrze władającym angielskim i pisującym niezłe teksty. Dziewczyna jednego miała bardzo dobry głos, dziewczyna drugiego nieco gorszy, ale też na poziomie. Reszta ułożyła się sama. Dwóch dobrych twórców, jeden ze świetnym wyczuciem melodii i aranżacji, drugi z dobrym piórem do tekstu, dwie świetnie uzupełniające się głosowo wokalistki. A potem już ruszyło. Tak powstała Abba.

Płytę otwiera utwór tytułowy, z nazwą zapożyczoną od systemu oświetlenia sceny. Głównym tematem „Super Trouper” jest życie w showbiznesowym kieracie, znużenie nieustannym koncertowaniem, nieustannym przebywaniem w blasku fleszy. Muzycznie? Bardzo chwytliwa, efektownie zaaranżowana piosenka. Kolejny dowód na to, że z dwóch dziewczyn w zespole Bóg dał większy talent Fridzie nie tylko w dziedzinie ciągłych pomysłów co do strojów, włosów i makijażu. Anni-Frid wokalnie miała większe możliwości od Agnethy. Frida zaśpiewała gros głównych partii wokalnych, jest najlepszym od strony właśnie wokalnej dziełem ABBY. Większa skala, większa swoboda w operowaniu. Lekcje śpiewu operowego nie poszły na marne.

Kolejny na płycie jest przesławny „The Winner Takes It All”. Jeden z najsłynniejszych (jeśli nie ten najsłynniejszy) utwór ABBY. I zarazem bardzo dobry przykład znakomitej aranżacji. Klasyczny już fortepianowy wstęp podparty cichą wokalizą (jeden z genialnych pomysłów Anderssona, na mały dodatek budujący znakomicie nastrój: dość przypomnieć wstawki fortepianu w „Dancing Queen” czy dyskretne podbicie syntezatorem fortepianu w „S.O.S.” – Pomysły proste, ale świetnie zrealizowane). Od strony wokalnej życiowy popis Agnethy Faltskog, która dała tu ze siebie wszystko: pełen zakres ekspresji, od dramatyzmu po wyciszony spokój. Mimo upływu już prawie trzech dekad, „Winner” nadal zachowuje swój wdzięk i moc. Po prostu, dowód na to, że dobra muzyka niezależnie od mód i antymód przetrwa wszystko.

Ale, ale… To trzeba posłuchać, a nie przeczytać. Zapraszam zatem 18 stycznia, jak zwykle do Ośrodka Promocji Kultury „Gaude Mater” i jak zwykle na godzinę 18:00. Proszę o punktualne przybycie. Zaproszenia dalej obowiązują.

Organizator zastrzega sobie zmianę kolejności płyt.

oprac. Zbigniew Burda / red. OPK (mjjw)